Od laptopa do łopaty.
RSS
czwartek, 12 marca 2009
A Co tam, podziele się, kryzys jest, trzeba pomagać bliźnim.

Patent jest taki: kupujesz dogorywająca chabetę od jakiegoś chłopa. Parę stówek, nie więcej, więc inwestycja nieduża. Trzymasz ją gdzieś w garażu czy jakiej szopie. Dajesz cynk do lokalnego oddziału Gazety Wyborczej, że Aleatea (jakieś imię trzeba wymyślić) trafi do rzeźni, no chyba, że dobrzy ludzie ją wykupią. Można wspomnieć mimochodem, że właściciel rzeźni jest (jakoś – nieistotne) powiązany z Radiem Maryja czy Fundacją Lux Veritatis, albo głosował na PiS ostatnio. Podajesz jeszcze tylko numer swojego konta bankowego i właściwie koniec pracy. Całą czarną robotę czyli naganianie frajerów z kasą odwalą za Ciebie dziennikarze GW. Spokojnie możesz zawołać ze 2,5 tysia, wybulą bez szemrania.

Jak widać inwestycja ma dużą stopę zwrotu i mądrze reinwestując można się nieźle dorobić. Jak ktoś będzie się chciał odwdzięczyć to butelka dobrej single malt będzie ok.

Powodzenia!
22:50, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 marca 2009
dobno za jakieś dwa tygodnie mamy ruszać tą dużą budowę. Z tego co czytam inwestor cały czas potwierdza plany, poza tym prace – drobne – przygotowawcze trwają, więc może rzeczywiście jest to kwestia jakichś nie dopiętych projektów.

Dowiaduję się, że Gruby Major był w szpitalu. Przeszedł dwie operacje, było już z nim krucho. W sumie niczego innego nie można było się spodziewać patrząc jaki tryb życia prowadzi, ale szkoda chłopa. No i raczej nie wróci na budowę – to już nie będzie to samo…

Dialog dnia:
Fajrant: Zostaw to, dzieci nie piją kawy.
Fajrant jr: Piją.
23:42, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009
Czuję się jakbym wracał po wakacjach do szkoły. Niby ból, że trzeba się zerwać bladym świtem i zabrać do roboty, ale tak naprawdę to radocha, że spotka się kumpli, pogada, porobi coś, ponarzeka, poprzeklina, porusza na świeżym powietrzu.

A tu dupa – przyjeżdżam na miejsce i okazuje się, że dziś jeszcze roboty nie ma. Sytuacja wygląda tak, że lada dzień mamy wchodzić na nową, dużą budowę, ale jeszcze nie ma wszystkich projektów i czekamy. Moglibyśmy skończyć porządki na poprzedniej, po to dziś przyjechaliśmy, ale szefowie mają jakieś inne plany i na razie tu też nie robimy.

Ale nie ma tego złego – mogę chodzić z synem karmić kaczki.

Dialog dnia:
Fajrant: Zobacz, to są ptaki. Powiedz „ptaki”.
Fajrant junior: Taja.
00:27, zlamanynos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2008
W budzie mamy taki elektryczny piekarnik, w którym można sobie podgrzać kanapkę czy jakiś kawałek mięsa. Dziś rano ruszt w tym piekarniku przymarzł.

Piękny Bolo pojawia się w pracy kompetnie zalany. Nie pił w czasie Świąt i teraz nadrabia. Jak zwykle w takim stanie uderza do Małego Szefa po podwyżkę, a koronnym argumentem jest to, że znajdzie sobie inną robotę, która już zresztą na niego czeka. Oczywiście nic z tego nie wychodzi i na przerwie Piękny Bolo siedzi w kącie budy i smęci. Na początku jest agresywny, wkurza nawet swojego koegę, Grubego Majora – wygarniając mu wykorzystywanie siebie. W pewnym momencie tylko interwencja Kumpla ratuje integralnośc twarzy Pięknego Bola. Wojownik w Pięknym Bolu już po chwili zamienia się w romantyka – łzy lecą mu strugami, a my wsyłuchujemy szarpiących dusze żalów na Bolowym życiem. Nikt się jakoś tym nie przejmuje, więc szybko przechodzimy do fazy trzeciej. Wraz z coraz większą ilością powietrza w butelce Bolo jest coraz weselszy – pije za życie, za miłość, za szczęście. Gdy wychodzimy po przerwie do pracy Bolo zasypia w budzie.

Tnę kostkę brukową i w pewnym momencie następuje brak prądu. Po przedłużaczu do gnizdka – trafiam do naszej budy. Uderza mnie w nos ostry zapach benzyny. Rozdzielnik, do którego podpięty był przedłużacz, jest zalany benzyną sączącą się z przewróconego karnistra. Piękny Bolo z papierosem w zębach maca się po kieszeniach i szuka zapalniczki. Oczywiście wywalam go z budy, wołam Kumpla, odłączamy kable. Bolowi naprawdę ostro się dostaje. Nie wie o co chodzi, znów nikt go nie rozumie.

Do końca dnia Bolo przesypia w samochodzie a my porządkujemy plac budowy. Dziś ostatni dzień pracy w tym roku, spotykamy się dopiero w poniedziałek.

Cytat dnia:
„Życie kurwa jest piękne!”

I niech tak będzie w całym Nowym Roku ;)
22:41, zlamanynos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Cytat dnia:
”No i kurwa po świętach. Teraz jeszcze opierdolić Nowt Rok i chuj, życie toczy się dalej”.

Dziś wyjątkowo cytat dnia na początku, gdyż tą oto refleksją powitał nas dziś z samego rana Gruby Major zapalając papierosa w ciemnej, chłodnej przyczepie kempingowej.

Po tak długim wypoczynku poranne wstawanie to jakiś piekielny koszmar, który znosze nie wiadomo za jakie grzechy moich przodków (no bo przeciez nie moje). Rozregulowałem się przez czytanie do późna w nocy książki – nadrabiałem zaległości...

Rano kilka stopni poniżej zera, po raz pierwszy zakładam polar. Mam na sobie – opróćz kurtki – sześć warstw ubrania. Zmieniam też system przebierania się w pracy. Zdejmuję tylko kurtkę cywilną, zakłądam na cywilne spodnie spodnie robocze i na to kurtkę roboczą. Na głowie czapka, na to kaptur. Ale i tak trzeba się ruszać żeby nie zamarznąć. Rękawiczki są na szczeście suche, ale dziurawe i końcówki palców szybko zaczynają niepokojąco szczypać i mrowić. Zaczynamy od wysprzątania miejsca między ścianą budynku a postawioną przez nas niedawno betonowym murkiem. Zbieramy jakieś folie, papiery, stare deski, puszki, butelki, kartony, styropian i wszelkie inne budowlane śmieci. Następnie zdejmujemy szalunek (Pan Bóbr i ja) z tego betonowego murku. Naszymi narzedziami są głównie łom i młotek. Trzeba szybko przypomnieć sobie i wprowadzić w życie zasady fizyki wektorowej. Musimy działac ostrożnie, żeby nie ukruszyć murku. No i potem zaczyna się prawdziwa zabawa. Kumpel dowozi nam ładowarką kruszywo i rozsypuje między budynkiem a murkiem – tam będzie rampa (podjazd) rozładowcza. A my łopatami rozgarniamy kruszywo do okreslonego poziomu. Ne mija chwila kiedy jestem mokry od potu. NIe mogę zrozumieć, jak to możliwe, że jeszcze przed chwilką było mi zimno. Marzę o coli z lodem, ale najgorsza jest ta nieprzeparta pokusa zrzucenia z siebie paru wastw ciuchów. No ale nic, machamy tymi łopatami, prężymy muskuł, grzbiet i kręgosłup, czuję jak endorfiny zalewają mi mózg, czuję się w lekkiej euforii jak po dobrym sparingu.

Jak już rozprowadziliśmy ten tłuczeń zasuwam po zagęszcarkę i zaczyna się zabawa. Machina ryczy, smrodzi, kopci i próbuje się wyrwać. Frajda. Następnie na warstwę ubitego tłucznia wsypujemy podsypkę czyli piasek. Potem ustawianie poziomów czyli to co zazwyczaj robił Piekny Bolo z Kumplem i ewentualnie Grubym Majorem. Czuję się doceniony i podbudowany, kurcze, może trzeba było iśc na polibudę zamiast na uniwerek...

Jesteśmy dziś całą ekipą, ale za to jedyną. Cisza, spokój, ale praca konkretna i ciężka w sumie. Nawet nie ma czasu pogadać, więc tylko w myślach śpiewam sobie wszystkie znane mi kolędy. No i dzionek szybko zleciał.
20:25, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2008

Kochani i szanowni!

Życzę Wam wszystkim -


Spokojnych – jak Pan Bóbr,
Obfitych – jak Gruby Major,
Pięknych – jak Piękny Bolo,
Swojskich – jak Przaśny,
Bezpiecznych – jak Kumpel,
Rodzinnych – jak Fajrant

Świąt Bożego Narodzenia. Gloria in excelsis Deo!

13:16, zlamanynos
Link Komentarze (1) »
W zasadzie to samo co wczoraj z tą różnicą, że jesteśmy już zupełnie sami na budowie. Początkowa mżawka zamienia się w deszcz i stwierdzamy, że nierozsądne jest pracowanie w takich warunkach elektronarzedziami. No i teraz - jak na razie – najdłuższy fajrant w mojej budowlanej karierze.

Dialog dnia:(z konieczności wczorajszy)
- Co chłopaki, fajrant już?
- Flaszka się skończyła, znak, że trza kończyć robotę...
13:15, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 grudnia 2008
To samo co wczoraj, tyle, że jest zimniej. Jesteśmy na budowie prawie sami z Wąsikiem, na horyzoncie szwendają się jeszcze posadzkarze. Praca ta sama co wczoraj. Wpadam w swego rodzaju miły trans roboczy: odbieram od Wąsika kostkę z zaznaczoną linią, podchodze do swojego stanowiska, układam kostkę, odpalam gumówkę, tnę, wyłączam gumówkę, zanosze kostkę Wąsikowi, odbieram kolejną kostkę z zaznaczoną linią... I tak kilkadziesiąt razy przez cały dzień. Robota systematycznie posuwa się naprzód, mimo, że w świątecznym nastroju przedłużamy sobie przerwy.

Pracując w tak spokojnej atmosferze, tylko we dwóch, aż prosi się o pogaduchy. Jak zwykle atrakcyjny temat to wynagrodzenia i sprawy socjalne, stąd niedaleko do polityki. Streszczam Wąsikowi idee konserwatywnego liberalizmu, Wąsik potakuje, ale stwierdza, że o idealnym świecie to można sobie pomarzyć i w życiu jest jak jest. Ciekawsze są różne opowiastki rodzinno – towarzyskie. Nie będę tu przytaczał wszystkich, ale Wąsik sporo się naopowiadał o Panu Bobrze. Okazuje się, że niezłe z niego ziółko było i w pewnym sensie jest. Otóż w młodosci Pan Bóbr był sportowcem, potęznej postury, a przy tym niezłym zawadiaką. Gdy wracał na przykłąd z randki tak go miłośc rozpierałą, że po drodze wybijał po kolei jak leci szyby w oknach. Inną jego zabawą było niszczenie jednym ciosem gruszki bokserskiej w wesołym miasteczku. Właściciel tego urządzenia podobno płakał na sam widok zbliżającego się Pana Bobra. A teraz w pracy Pan Bóbr specjalnie udaje żółtodzioba, człowieka z problemami, dzięki temu nikt się go nie czepia i nie chce nic od niego. He, nawet ja się dałem na to nabrac i rozglądałem się za lepszą pracą dla niego...

Gdy tak po pustej budowie hula wiatr robi się całkiem romantycznie.

Dialog dnia:
(Dziś dla odmiany z Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie byłem po akt urodzenia córy. W poczekalni jestem wśród kilku tatusiów, jeden był jakiś gadatliwy)
Gadatliwy: I co panowie, zmęczeni po porodach?
Fajrant: Ja nie, u nas rodziła żona.
23:10, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2008

Zerkam rano na termometr – 8 stopni, ciepło. Ale to zmyłka – wieje zimny, przenikliwy wiatr i jest nieprzyjemnie. Jestem opatulony dośc mocno, ale wiatr wciska mi się pod kurtkę od spodu. Na szczęście kalesony zaciągnięte pod szyję i kilka warstw koszulek i bluz dostatecznie chronią moje nerki.

Dziś tylko Wąsik i ja. I dużo betonowych kostek do pocięcia. Nasze zadanie to pouzupełniać braki kostek przy obrzeżach – tam, gdzie nie mieszczą się całe kostki czy połówki musiumy wymierzyć każda dziurę osobno i dociąć odpowiednio kostkę. Zabawa jak dla mnie jest super – dostaję do łap megagumówkę czyli szlifierkę kątową, większa niż taka używana w domu, z tarczą do cięcia betonu. Cięcie kostek betonowych wygląda mniej więcej tak:

 

 

 Na początku mam trochę pietra bo jeśli tnie beton jak nóż masło to tym bardziej poradzi sobie z moimi kośćmi. Maszynkę trzeba mocno trzymać gdyż wyrywa się do przodu. Może zatem sama wyrwać się do przodu i poczynić szkód, może też miotnąć do tyłu ciętą właśnie kostkę. Dlatego kostkę trzeba mocno przydeptać nogą. I tu też jest strach – tarcza tnąca wiruje o centymetry, a potem o milimetry od buta. Trzeba mocno przyciskać, mocno trzymać a jednocześnie precyzyjnie prowadzić wyrywającą się bestię. Do tego jeszcze jest atrakcja w postaci gęstego pyłu wciskającego się wszędzie o – niestety – nieprzyjemnym smaku. Acha, są jeszcze drobinki betonu siekące po twarzy. Tak, wiem, okulary ochronne. Zdjąłem je po pierwszym cięciu. Mam bowiem do wyboru: ryzykować upiększenie gałki ocznej betonową drobinką czy też ucięcię sobie stopy podczas cięcia na ślepo w zaparowanych okularach. Wybieram pierwszą opcję i szybko uczę się jak odchylac twarz aby widzieć co trzeba i jednocześnie unikać betonowego strumienia okruszków. I przy tym wszystkim ryk czy też jazgot tej maszynki to w sumie rozkosz dla ucha. Zacinający deszcz i porywisty wiatr stanowią fajne tło dla tej zabawy i tak już podnoszącej poziom testosteronu. I gdy tak w połowie dnia jestem już bliski euforii, a mój mózg zalany falą endorfin, wysiada mi nadgarstek. Nawet nie zdawałęm sobie sprawy jak mocno zaciskałem dłoń na rączce, któ®a prowadzi się maszynkę. I w pewnym momencie poczułęm ból i ręka prawie wypuściła gumówkę. Oczywiście na parę chwil zamieniłem się z Wąsikiem, ale po pół godzinie znudziło mi się mierzenie i rysowanie kresek na kostkach. Ból na szczęście minął i mogłem spokojnie kontynuować zabawę.


Dialog dnia:
- Ta kanapka ze sklepu smakuje, jakby ktoś do niej narzygał.
- A może się spuścił?
- Faktycznie.
21:36, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 grudnia 2008
Piękny Bolo był dzsiaj w pracy. trzeźwy i normalny. Rozmawiałęm o nim trochę z Kumplem. Bolo nie jest alkoholikiem, który wpada w wielotygodniowe ciągi, demoluje dom i pastwi się nad rodziną. On raczej czasem po alkoholu dostaje głupawki, a na co dzień jest troskliwym ojcem i dba na miarę swoich możliwości i wyobrażeń o dom. Ostatnio w pracy po paru kolejkach był normalny, zachowywał sę jak inni i spodziewałem się że teraz też tak będzie. Okazało się, że miał może słabszy dzień. Ale mimo wszystko już nie będę przynosił alkoholu.

Dalej układamy kostkę, zbliżamy się do końca całości. Nasza kostka opasuje można powiedzieć budynek i dziś zbliżamy się do miejsca, w któ®ym zaczynaliśmy. Z małym zastrzeżeniem, że jest to 20 cm wyżej. Widać to było już od paru dni i byłem święcie przekonany, że tak wynika z projektu. ALe dziś pojawił się inwestor i na widok naszej pracy prawie się popłakał. Według niego wszystko miało być w jednym poziomie. Przy okazji okazało się, że nie robiiśmy tego według żadnego projektu, ale... na oko (sic!). Nawet do mebli Ikea dołącza projekt jak to skręcić, a tu robota za kilkadziesiąt tysiów jest robiona na oko. Muszę się jeszcze wiele nauczyć o życiu. Wygląda na to, że Mały Szef się nie popisał... Stanęło na tym, że rozbierzemy ostatnie kilka metrów położonej kostki i zrobimy delikatny spadek. Kuba Sinkiewicz mógłby zamiast „spokój grabarza” śpiewać teraz „spokój brukarza”...

Przyjeżdża Większy Szef i wypłaca nam zaliczki. Zważywszy, że chłopaki umawiali się wczoraj z Małym Szefem na zapłatę całości nie dziwi, że doznają sporego wkurwu. Duży Szef jaki jest taki jest, ale trzeba mu przyznać, że nie boi się konfrontacji z siedmioma ostro wkurwionymi robolami. Potrafi stanąc i powiedzieć prosto jaka jest sytuacja. W takich momentach Mały Szef unika konfrontacji, wyłącza telefon, przeczekuje. Trudno się dziwić, że szacunku nie ma. Tymczasem Duży Szef zbiera spokojnie swoją porcję zjebki, chłopaki uspokajają się (spokój brukarza), kasa zmienia kieszenie, z ust, które przed chwilą miotały kurwami padają świateczne życzenia i rozjeżdżamy się do domów.

Dialog dnia:
(Wczoraj wylaliśmy beton w szalunki, rano oglądamy czy ładnie wygląda)
- O, kotek ślady zostawił.
- Jebane kocisko, żeby się tak do wietnamskiego baru przybłąkał!
19:13, zlamanynos
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7